Ciąg Dalszy W Końcu Nadszedł
2010-06-19
Wszystkich zainteresowanych moją dalszą, radosną mniej lub bardzej twórczością odsyłam do nowo założonego blogu:
http://akemi-smalltalk.blogspot.com/
Niniejszym stwierdza się, że TEN przechodzi w stan spoczynku.
Tagi: inne
skomentuj(1)Postój
2010-05-12
Odbiorników nie trzeba regulować.
Wrócę.
"I'll be back" - Z kalifornijskim akcentem brzmi to z d e c y d o w a n i e lepiej.
Tagi: inne
skomentuj(11)Kartki z kalendarza
2010-05-02
Wszystkich, zarówno tych, którzy regularnie i z pewnym zacięciem - by nie powiedzieć zbyt optymistycznie - z ciekawością odwiedzają mój blog oraz tych, którzy jakimś niezrozumiałym psim swędem zabłąkają się tutaj niechcący i przypadkiem, wszystkich bez wyjątku przepraszam za brak systematyczności w jego prowadzeniu.
Jak wszystko w naszym życiu ma on swoje dobre i złe chwile, swoje ciemne i jasne strony, chwile zwątpienia, dni ciszy, która nic ni mówi i nic nie sugeruje, swoje zmroki, zmierzchy i świty oraz dla kontrastu
i nie-wiem-czy-miłej odmiany, niepoprawne wręcz gadulstwo. Przepraszam również, że nie zawsze odnoszę się do błyskotliwych komentarzy Szanownych Komentujących. Dzieje się tak za sprawą niedostatku w czasie, czasem jeszcze większego niedostatku w emocjach i rozumie, proszę więc o wyrozumiałość, a nawet - jeśli nie jest to zbyt wygórowana prośba - o wybaczenie.
Nazbierało się wiele kartek z kalendarza, wyrwały mi się ze dwie, które właśnie wklejam. Jeśli miałby ktoś ochotę, może je przeczytać, po czym - usprawiedliwiony i rozgrzeszony - spokojnie może wrzucić je do kosza na śmieci.
Pewnego, minionego niedawno dnia, byłam na spotkaniu z panem X, którego głównym zajęciem jest promocja i szeroko pojęty marketing produktu o nazwie kriosauna. Kto nie wie, co zacz i do czego to dopasować, może sobie wyguglać informację i sam się przekonać o jej nieocenionych walorach. Otóż przechodząc do sedna prezentowanego towaru, którego wartość nie jest wszystkim znana i nie tylko w Polsce, a cena niezbyt wygórowana, jak na uzyskanie efektu końcowego, pan X, słusznego co prawda już wieku jak na komiwojażera, ale też i bardzo dziarski, żywotny, posługujący się językiem polskim śmiało, błyskotliwie i rzeczowo, zadaje nagle słuchaczom takie oto podstępne pytanie:
- Drodzy państwo, bo ileż według państwa ja mogę mieć już na swoim karku wiosen?
Podumałam, podrapałam się po głowie, zapytałam jedno swoje oko - odpowiedziało, że 70; drugie, że może, ale to ewentualnie 75, ale pewności oba nie miały. Ktoś-coś-tam w tym duchu przemówił, zasugerował lat od 65 do 75 i na tym stanęło. Starszy pan, choć przecież wcale nie stary jak na pierwsze wrażenie, ba, nawet nie na drugie, podumał chwilkę, nieco się stropił i rzekł:
- Otóż nie. Od kilkunastu lat, niemal codziennie, z krótkimi zalecanymi przerwami, korzystam z tego urządzenia, a ma ono, jak już państwo wiecie, właściwości regenerująco - odmładzające. Drodzy państwo, szanowni słuchacze, mam 100 lat.
Szmer, buzie otwarte, rozdarta cisza...
Pewnego dnia i Nick wrócił do domu ze szkoły uderzając w te słowa:
- Mamo, muszę, po prostu MUSZĘ! opracować plan zemsty na Marku, bo strasznie mi dokucza.
-??? - Tu wyświetliło się wymowne pytanie w moich oczach.
- Chciałbym go zakopać żywcem w jakimś ogrodzie.
- ...
Kurtyna.
Celę więzienną, miłą, przytulną, z dostępem do internetu - pilnie potrzebuję!
Najlepiej z kriosauną.
Tagi: różne
skomentuj(6)Starość
2010-04-29
Spoglądam na twarze wyjedzone przez życie, zasnute pajęczyną zmarszczek i przeżytych zgryzot, całkiem już niewyraźne, prawie że przezroczyste, twarze o łzawiących, nieruchomych oczach, które z wolna wyciekają, twarze oddalające się od życia w stronę nicości, odbarwione i znów niewinne…, ale nie tą niewinnością małego dziecka, młodą, rozpychającą się i w całkowitej otwartości pędzącą ku energii życia, a niewinnością przypominającą korę drzew, jej zmurszałą nierówność, spękaną od minionych pór roku, krzyżujących się z powtarzającym się niespokojnym snem i troską o jutro.
Twarze pachnące już tylko deszczem i niebem.
Chyba zapomnieli, kim byli i jak się nazywali, zagubieni w sobie i między ludźmi przemierzają drogi z ugiętymi od ciężaru czasu, kolanami. Pokonują drobnymi kroczkami świat, którego już nie rozumieją. Przemieszczają się w cichym, jednostajnym rytmie swych kroków, bo to jedynie słyszą pośród krętych, zawiłych dróg i dźwięków, które nic im juz nie mówią.
Starość.
Tagi: impresje
skomentuj(4)"Dziewiętnaście sekund" Pierre Charras
2010-04-27
„Dziewiętnaście sekund” to smakowita lektura i prawdziwy majstersztyk utkany ze słów.
W rolach głównych występują: przypadek, który jest nie do końca przewidywalnym scenarzystą w śmiało reżyserowanym przez ludzi życiu oraz dwoje bliskich sobie osób, które mierzą się z decyzją o rozstaniu. Mamy więc wypalone długoletnie małżeństwo, z przyczyn nie do końca jasnych i uświadomionych. Wydawałoby się, że bez powodu, chyba, że wystarczającym powodem do rozstania jest upływający czas, który nadwątla siłę związku i powoduje utratę jego świeżości.
Sandrine i Gabriel decydują się rozstać podczas ostatniego swojego spotkania zaaranżowanego na stacji paryskiego metra. Umawiają się w taki sposób, że jeśli ona będzie chciała z nim zostać, przyjedzie o 17.43 w trzecim wagonie pociągu. Jeśli jej nie będzie, będzie znaczyło, że właśnie się wyprowadza z ich wspólnego mieszkania. Żadne z nich jednak, nie bierze pod uwagę innych ewentualności, jak na przykład zaistnienia tragicznego w skutkach wypadku, który mógłby uniemożliwić jakikolwiek wybór, pokrzyżować wszystkie plany i umowy, a w rezultacie całą sytuację przedstawić opacznie…
To niewielkie dzieło trzeba czytać na jeden raz, by nic z natężenia opisywanych uczuć i intencji autora nie uronić. Każdy rozdział to jedna sekunda rozciągnięta do swoich maksymalnych granic. Ile może zmieścić jedna sekunda? Ile myśli, odczuć, ile wspomnień, a ile wymiernej rzeczywistości? Jak wiele można się dowiedzieć o sobie w ciągu 19 sekund? Jak wiele intymnych chwil straci, a ile zyska swoje znaczenie w tak niemożliwie krótkim do zarejestrowania czasie?
Reporterska podróż po emocjach bohaterów przeprowadza czytelnika przez świat złożonych relacji, jednak za sprawą nieprzewidzianego przypadku miażdży jego wiarę w fundamentalne poczucie bezpieczeństwa i pewność, że o czymkolwiek decydujemy w naszym życiu.
Czy Pierre Charras, autor tej zgrabnej powiastki zaskakuje pogrążonych w lekturze?
Z pewnością tak.
Ale jeszcze bardziej uświadamia nam pewien ważny fakt - nam, śmiertelnym, choć egoistycznie zapatrzonym w swoją wszechmoc ludziom, z reguły wydaje się, że gdy sami chcemy o czymś zadecydować, sami pokierować swoim życiem, jest to w naszym mniemaniu w pełni uzasadnione i usprawiedliwione. Natomiast, gdy o wyborze tego samego decyduje jakikolwiek przypadek, ślepy-i-głuchy los, pogrążamy się w bólu i poczuciu niesprawiedliwości.
Książka niewątpliwie kieruje nasze myśli ku pogłębionej refleksji, co w towarzystwie intensywnych przeżyć bohaterów nie jest ani zbyt trudne, ani czasochłonne.
Zdecydowanie polecam!
Tagi: landlady poleca
skomentuj(1)Whatever Works
2010-04-21
Nie wiem, kto odpowiada za tłumaczenie ostatniego filmu Woody'ego Allen'a na język polski, ale ktokolwiek to jest, powinien wołać o pomstę do nieba, a zaraz potem prosić Polaków i reżysera o wybaczenie.
Żeby „Whatever Works” przetłumaczyć na „Co nas kręci, co nas podnieca” - doprawdy nie wiem jakimi drogami krążyła myśl tłumacza...
Allen wrócił "do siebie”. To, jak sądzę, jedynie właściwe miejsce dla niego.
Jak zwykle zagnieżdżony w Nowym Jorku, jak zwykle nieprzebrane traumy, wiadomo: kobiety, oczywiście: zgorzknienie, nihilizm, no i - na to zawsze można liczyć - niewybredny dowcip iskrzący o posadzkę i na każdym kroku. Główny bohater Borys Jelnikoff (gra go Larry David), to - nic nowego - alter ego samego reżysera. Moim nieskromnym zdaniem, jest zdecydowanie lepszy, niż gdyby zagrał go sam Woody Allen, tak jak miał to w zwyczaju do tej pory.
Borys, to ekscentryk w podeszłym wieku, z licznymi objawami fobii i depresji, trudny do życia pod jednym dachem neurastenik, niedoszły noblista, mówi o sobie: 'jestem geniuszem', rozwodnik, nie lubiący seksu i ludzi wokół - pewnego razu spotyka na schodach swojej kamienicy Melodie St. Ann Celestine, prostą dziewczynę z Missisipi, która uciekła z domu. Pozwala jej u siebie zamieszkać i w dość nieoczekiwany sposób, zupełnie na przekór temu, co mówi (uważa ją za typową kretynkę, produkt współczesnego świata i popkultury), w sprzeczności do tego, jak ją traktuje i jak głębokie i jednoznaczne ma przekonania o życiu i świecie - bierze z nią ślub.
Zaraz za tym kryją się, jakby w następstwie pierwotnego wątku, uczuciowo - erotyczne historie matki i ojca dziewczyny, o których wiemy tylko tyle, że dotychczasowa sfera ich uczuć, to była jedna wielka pomyłka, a religia chrześcijańska, której byli bez reszty oddani, stanowiła dowód ich całkowitego zbłądzenia.
Dopiero przyjeżdżając do NY uczą się na nowo siebie i poznają prawdę o sobie, nagich, niczym nie skrępowanych i ograniczonych istotach ludzkich. I tej prawdzie ulegają.
Matka zamieszkuje z dwoma mężczyznami, a ojciec „przypadkowo” odkrywa swoje homoseksualne skłonności.
Główne przesłanie filmu jest, jak to u Allena, gorzkie i bez złudzeń. Przemyślane działania nie przynoszą niestety szczęścia. Świata nie sposób pojąć, jakkolwiek bardzo by się do tego dążyło. Sukces, jeśli już, przynoszą go działania doraźne, naprędce sklecona prowizorka… cokolwiek, byleby działało… Whatever works.
Myślenie nie pomaga, a tak naprawdę tylko przeszkadza. Szczęście, miłość są chwilowe i ulotne, choć ostatecznie reżyser konkluduje to mniej wiecej tak: Nawet jeśli tak jest, jeśli miłość i uczucia są nietrwałe, to warto żyć dla tych kilku chwil szczęścia, warto ich poszukiwać i ulegać im.
Ukłonił nam się cukierkowy Hollywood.
I, jak na Allena - nihilisty, dość zaskakujący to gest.
Pierwsza moja myśl po obejrzeniu filmu (poleca-polecam!): Allen musiał się już naprawdę bardzo zestarzeć, skoro wyciąga takie wnioski u schyłku swojego zycia…
A może to tylko ja popadłam w nie-dość-wytłumaczalny cynizm...?
Tagi: landlady poleca
skomentuj(8)Plany na wakacje
2010-04-15
W następstwie wytężonych planów wakacyjnych, co do których cała nasza wesoła gromadka ma zgoła odmienne nastawienie i oczekiwania, wybrałam się na spotkanie z organizatorami obozu pływackiego, które odbyło się w szkolnej auli.
Na chęć uczestniczenia w takowym zgrupowaniu wyraziła swoją gotowość oraz niczym nieuzasadnioną, acz ogromną ochotę Aga, która to stwierdziła tonem absolutnej profesjonalistki, że już najwyższy czas odłączyć się od rodzinnej pępowiny i samej wyruszyć ku nowym wakacyjnym wyzwaniom. Bez oka Wielkiego Brata, czyli nadmiernej opieki staruszków.
Cóż zrobić?...
Pan Jacek, nazwijmy go roboczo zasadniczym opiekunem grupy, postawny mężczyzna, budzący zaufanie, opalony, jakby właśnie wrócił z Karaibów, jak powiem, że przystojny - nie skłamię, jął przedstawiać strukturę, wszelką pomysłowość i rozmach przedsięwzięcia, tudzież szczegółową organizację obozu tylko i wyłącznie od najlepszej strony.
Miało się wrażenie, że dzieci, które tam właśnie pojadą, nigdy już do domu nie będą chciały wrócić, bo tak jest tam fajnie.
Z każdą chwilą rosło moje zainteresowanie i pozytywne nastawienie do dzielnych organizatorów, a i po minach współtowarzyszących rodziców widać było podobne zaciekawienie i przychylność, zwłaszcza wobec przyszłego kierownika, opiekuna i instruktora w jednym. Nieocenionego Mistrza Ceremonii.
I kiedy pan Jacek przedstawił wszelkie zawiłości, plusy bez minusów i żelazne zasady, według których postępuje z dzieciakami na obozie, kiedy rodzice rozpoczęli niecierpliwe szuranie stopami po podłodze, nie mogąc się doczekać zapisów, „kart pokładowych na statek” wręczonych im do rąk, jakiejś listy krążącej celem oznaczenia swojej gotowości na wypuszczenie dziecka spod swoich skrzydeł, mówca wówczas zawiesił swój barytonowy głos i rzekł:
- Drodzy państwo... Z przykrością jednak muszę dodać, że zostały tylko 4 (słownie: cztery) wolne miejsca.
Tłum zamruczał.
Ja natomiast musiałam wyjść z sali zgromadzeń, by się swobodnie i w głos roześmiać.
W zasadzie - pomyślałam sobie kiedy dałam upust swoim siłom witalnym - jakby ten przystojniak rozpisał ogłoszenia na słupach i murach szkoły w stylu: „przyjdźcie ludzie na spotkanie ze mną celem podziwiania mnie”, frekwencja mogłaby się okazać nie dość zadawalająca…
On musiał wcześniej o tym wiedzieć. Po prostu musiał!
Tagi: inne
skomentuj(5)Reanimacja
2010-04-13
W miniony weekend, zagłuszona pytaniami i prośbami świderkowców domowych (czyt. małoletnich mieszkańców Sudetów i domu mego), o natychmiastową możliwość odwiedzenia "I'm lovin' it" - bynajmniej nie tylko w celach konsumpcji, co w czasie marazmu żałobnego nie wydało mi się dość stosownym miejscem pobytu, choćby chwilowego. Obiecałam im ostatecznie, że pójdziemy, owszem, na sekund pięć w poniedziałek nowego tygodnia. Że wezmą, co chcą, a co wysokim urzędem swym zatwierdzę i dajemy stamtąd nogę. Takim to krakowskim targiem ubiliśmy interes i w dzień jak co dzień, choć przydymionym wszechobecnym smutkiem i melancholią, wybraliśmy się do rzeczonego przybytku. Wstęp do królestwa hamburgerów i ich kuzynów zaczął się od objęcia w chwilowe posiadanie toalety, z racji pilnych potrzeb zgłodniałych wilczków, gdzie Mikołaj zajął trójkąt, Ag kółeczko, a ja popadłam w pełne potępienia zadumanie nad śmieciowym jedzeniem.
Nieświadoma niczego, nieprzygotowana na żadną chwilową grozę, ani żadne inne nieszczęście, usłyszałam nagle nieludzki dźwięk. Przypominał coś jakby alarm przeciwlotniczy, wezwanie do natychmiastowej ewakuacji, czy ogłoszenie wojny atomowej albo wszystko naraz. Nie skojarzyłam go oczywiście z czymkolwiek mi znanym, że niby z moim dzieckiem?, które miałoby taką siłę w płucach i gardle?
Gdzież tam przyszłaby mi taka myśl do głowy...?
Porozglądałam się po twarzach ludzi, którzy zastygli nieruchomo z jedzeniem niedotarłym na czas do ust i buzią pięknie rozwartą, gotową na jego przyjęcie, spróbowałam zlokalizować ów niepokojący, świdrujący dźwięk, kiedy spłynął na mnie pewien niepokój. Że to jednak może być moje dziecko!
Wpadłam do męskiej toalety z siłą huraganu, gdzie dzięki Bogu oraz Niebiosom Nieprzebranym i dobrym aniołom nie zauważyłam w wąskim przejściu z pisuarami obecności osobników płci męskiej. Przekrzyczałam dziki ryk, ale nie pytajcie mnie, jakimi zdolnościami trzeba się wykazać chcąc przekrzyczeć syrenę alarmową, uspokoiłam go na tyle, że zamilkł i głosem absolutnie pewnym siebie i spokojnym wytłumaczyłam mu co ma po kolei zrobić, by… otworzyć zatrzaśnięte drzwi.
Nick wyszedł cały roztrzęsiony, a wraz z tą wyjątkową chwilą objęła nas swym spojrzeniem scena iście filmowa. Albowiem nie było żadnego stolika z przyklejonym doń człowiekiem, który to w tej właśnie chwili nie zapragnąłby być żyrafą i w szczegółach dowiedzieć się, kto w tym przedstawieniu brał udział i jak wygląda główny bohater.
Cios defibrylatorem w klatkę piersiową i adrenalina prosto w serce zaserwowane mi przez syna (od niepamiętnych czasów mogę na nim w tym względzie polegać) i oto jestem przy życiu. Wróciły mi siły witalne i energia, a melancholia, która zagnieździła mi się niemal na dobre w sercu z powodu narodowej tragedii uleciała wraz z głośnym śmiechem, który towarzyszy głównie niedoszłym wisielcom.
Tagi: nick
skomentuj(10)Cisza
Kocie subtelności
2010-04-09
Mój Były Wypadły Przez Okno Kot, którego to imienia przez uszanowanie Szanownych Czytelników przytaczać nie będę, kot, który chodził, gdzie chciał i kiedy chciał - bo mógł, bo ogród duży miał jako swój wybieg, do sąsiada co rano zaglądał, myszy przynosił do sypialni - pewnego pięknego majowego dnia całkowicie zniesławił swoje kocię imię. A co za tym idzie, spowodował oziębienie moich z nim stosunków.
Wyobraźcie sobie, wychodzę sobie raniutko, w wolny od wszelkich obowiązków dzień, z nadzieją na jeszcze lepsze przedpołudnie i aksamitne popołudnie, z aromatyczną kawą na taras domu, w którym onegdaj mieszkałam, rozsiadam na krześle, wystawiam buzię do porannego słońca, próbuję nie przeganiać jeszcze snu z powiek, kiedy dochodzi mnie jedno króciutkie miau. Rozglądam się po ogrodzie w poszukiwania źródeł znajomego dźwięku i… co widzę...?
Kotek... mój własny zlepek futra i dzikości, piechur przemierzający z nami świat, szczęśliwy taki i solidny kawał zdrowia, siedzi sobie pod gruszą. Śliczny widok taki kocio w trawie. Nic tylko z zachwytu zapiać i pójść po drugą kawę.
Nic w tym niezwykłego, myślę sobie, że tak sobie zalega pod drzewkiem, nie raz to przecież robił.
Tylko jakoś tak dziwnie... jedną z łapek miał nienaturalnie wysuniętą do przodu, jakby coś... przytrzymywał. Niechętnie zwlokłam się z krzesła w celach rozpoznawczych i faktycznie - coś przytrzymywał.
Małego wróbelka.
Krew mi zawrzała, bo morderstw pod moim okiem nie zniosę. Ptaszyna żyła jeszcze, bo dziobała go ostatkiem sił w łapę, którą na chwilkę z niej ściągał. Dobrodziej Łaskawy.
Zabrałam pasiaka do domu. Zamknęłam go w pokoju o zaostrzonym rygorze i poszłam ratować ptaszka. Nie miał nawet siły uciekać, taki był umordowany tą zabawą, której przecież, jak mniemam nie zaczynał. Odstawiłam go w bezpieczne miejsce, poobserwowałam do czasu aż nabrał sił i pomaleńku, choć z pewnym trudem odfrunął. Kamień z serca, bo już zastanawiałam się w jaką to morderczą postać mam się przeobrazić względem Mojego Własnego Kata.
Nasunął mi się nawet taki jeden pomysł, nawet całkiem-całkiem mi się spodobał. Bo gdyby go tak wsadzić do jego znienawidzonej transporterówki, zamknąć i powiesić na drzewie wśród pięknie ćwierkających wróbli i sójek. Niechby sobie tak pooglądał świat zza krat w poczuciu absolutnej bezsilności wobec lotnego zwierzostanu.
No ale... Ten kto mnie trochę zna wie, że nie zrobiłabym tego. Zbyt karkołomne - mogłabym spaść z drzewa...
I wszystko byłoby do zrozumienia, kot przyjacielem ptaków nie jest i nigdy nie był, więc trudno domagać się od niego poświęceń i wyrzeczeń wobec swojej nieskrępowanej natury i nagich instynktów. Jednak ten pasiasty szatański wynalazek miał przyczepiony dzwoneczek u szyi i ten system wczesnego ostrzegania ptaków po prostu nie zadziałał. Wygłuszacz opatentował, czy jak?
Dziś patrząc na moją Sonię, spadkobierczynię kuwety i miseczek Tamtego Kota, niech będzie, że Bezimiennego, a która to nie przepuści żadnej musze, pająkowi, a na ptaki za oknem reaguje skrajnie narowiście zamieniając się w nieokiełznaną bestię, stwierdzam nie bez zdziwienia, że tamten Kat Ptaszka Małego, był miłym i subtelnym kotkiem.
Bo Sonia to jakiś niewyrośnięty tygrys jest...
Tagi: kocie sprawki
skomentuj(1)